WARTO ZOBACZYĆ

Jeździmy po świecie zwiedzając ogrody oraz wystawy ogrodnicze. Tutaj chcemy przedstawić Wam sprawozdania z tych, które naszym zdaniem warto zobaczyć. 

Heale House & Garden - Wielka Brytania


 Większość brytyjskich posiadłości szczyci się tym, iż przebywają w rekach jednej rodziny przez setki lat. Heale House zmieniał swych właścicieli jak przysłowiowe rękawiczki. Na początku swej historii, czyli w XVI wieku, dwukrotnie przechodził z rąk do rąk, jako prezent ślubny. Dalsze losy nie były już tak romantyczne dla domu i ogrodów. Posiadłość została sprzedana czterokrotnie, w tym raz w celu pokrycia długów swoich właścicieli. 
 
 
W roku 1835 dom został zniszczony przez pożar, który uszczuplił jego rozmiar aż o dwie trzecie. Historia ma jednak swe dobre zakończenie. W roku 1894 posiadłość kupił Hon Louys Greville, który zatroszczył się zarówno o odbudowę domu jak i upiększenie ogrodów. Nowy właściciel zatrudnił nawet znanego projektanta, aby ten zagospodarował tereny wokół dworu. Harold Peto, zaprojektował ogród, jednak nie wykorzystano w całości jego planów. Dobór roślin został zmieniony, pozostała natomiast charakterystyczna dla Peto włoska architektura w postaci tarasu oraz formalny ogród przy domu. Obecnie, domem i ogrodami zajmuje się ich nowa właścicielka Frances Rasch, jest ona synową – Lady Anne, która od ponad 40 lat opiekowała się tym cudownym miejscem.
 
 

Dom spoczywa nad samym brzegiem rzeki, która okala posiadłość niczym fosa. Wewnątrz tej naturalnej bariery znajdują się ogrody, a na zewnątrz malownicze łąki, na których pasą się owce. 
 

Dzięki strumieniom wartkiej wody ogród nie potrzebuje wysokich ogrodzeń, co niewątpliwie dodaje mu uroku. Swą podróż po Heale House rozpoczęłam od najdalej od domu odsuniętych części ogrodu. Tu rzeka meandruje kilkoma korytami niczym górskie potoki. Wyspy połączone są ze sobą kładkami lub niewielkimi mostkami tworząc istny labirynt ścieżek. Naturalna roślinność urozmaicona została pięknymi pierwiosnkami i innymi roślinami znoszącymi ciągłą wilgoć. Bliżej zabudowy, która po pewnym czasie ukazuje się w formie majaczącego wśród drzew dach dworu, strumienie wody stają się szersze, a roślinność bardziej ozdobna. 


Tu królują olbrzymie gunnery, tarczownice, rodgersje i dość niespodziewane klony japońskie. Klony nie są jednak jedynym akcentem orientu w tym ogrodzie Tuż za zakrętem wita nas, bowiem czerwony, łukowato wygięty most, a zaraz za nim replika pawilonu herbacianego. Ta piękna budowla powstała tu na początku XX wieku, za czasów Louysa Grevillea, który mieszkał i pracował w Tokyo.
 





 Ogród japoński wygląda przepięknie, ale dalej też czekają nas nie lada atrakcje. Przechodząc przez most, którym zawładnęła biała glicynia trafiamy do kolejnego wnętrza ogrodowego. Jest nim ogród warzywny, który może poszczycić się nie tylko przepięknymi konstrukcjami z drewna, ale także cudownym tunelem z drzew owocowych. 
 

To elementy dodane przez obecnych właścicieli. Jabłonie i grusze tworzą nadzwyczajny tunel, w którego cieniu kryją się różnokolorowe funkie, zawilce oraz zielone paprocie. Na końcu korytarza właścicielka umieściła niewielki zbiorniczek wodny wypełniony liliami. Wokół niczym straże soją cztery olbrzymie, bukszpanowe kule. 
 

Ogród warzywny otoczony jest z 3 stron Wysokiem murem z kamienia i cegły, z czwartej strony pergolą, która jedynie w pewnym stopniu zasłania tą część ogrodu od wartkich strumieni rzeki. 


  Dalej ogród zupełnie zmienia swój charakter. Staje się bardziej formalny, otwarty i nasłoneczniony. Wokół kamiennych tarasów posadzone zostały krzewy róż oraz pachnące lawendy i kocimiętki. Ściany budynku przyozdobiono glicynią, powojnikiem, różą oraz magnolią wielkokwiatową. Od frontowej strony budynku pojawiają się też geometryczne kwietniki, strzyżone żywopłoty oraz cisowe topiary. Tu i ówdzie rozstawione są drewniane i kamienne ławeczki, na których można przysiąść, wystawić twarz do słońca, wsłuchiwać się w szmer wody i śpiew ptaków.
 



Cały ogród robi niesamowite wrażenie. Mnie uwiódł najbardziej ogród japoński oraz łaciate owieczki pasące się nad brzegiem rzeki. Nie jest to miejsce odwiedzane przez tłumy, dzięki czemu można wędrować po ogrodach własnym tempem. Można je usłyszeć, powąchać i dotknąć. Jednym słowem poczuć wszystkimi zmysłami. Z żalem żegnałam się z tym ogrodem, w którym czas nie stanął w miejscu. Zwolnił jednak na tyle, aby wszyscy zwiedzający go goście poczuli się jakby znaleźli się w innym świecie, a może w innej czasoprzestrzeni...




 UPTON GREY -  Wielka Brytania




Ogród w Upton Grey został zaprojektowany przez jedna z najlepszych projektantek ogrodów - Gertrudę Jekyll, a ta była genialną kobietą!!  

 
Oprócz malarstwa, rysunku i nauki o kolorach zgłębiała tam, bowiem teorię estetyzmu, botanikę, anatomię i optykę. Wszechstronna, niepospolita i do tego niezamężna Gertruda rozpoczęła swą karierę zawodową. W ciągu swojego życia projektowała przedmioty codziennego użytku: ceramikę, szkło, biżuterię, tapety, wzory tkanin, kafle, ramy do obrazów, oraz meble ogrodowe. W tym czasie stworzyła także ponad 400 projektów ogrodów w europie i USA. Gertruda odeszła jednak od symetrycznych wiktoriańskich klombów i kwiatowych kobierców. Była na tyle odważna i pewna siebie by stworzyć swój własny, niepowtarzalny styl, dzięki, któremu nasze obecne ogrody są pełne swobodnie rosnących krzewów i bylin.  Dzięki niej zaczęły powstawać pełne kolorowych kwiatów ogrody z funkcjonalną architekturą. Gertrude mieszała kolorami roślin w ogrodzie niczym wytrawny malarz farbami na płótnie. Fiolety i odcienie różu zestawiała z zimnymi żółciami, beżami i błękitami. W jej ogrodach królowały swobodnie posadzone ostróżki, malwy, lawendy, róże i jej ukochane pierwiosnki.





Upton Grey został okrzyknięty najlepiej odrestaurowanym ogrodem tej projektantki, ogrodniczki, pisarki, malarki i rzemieślniczki. Ogród faktycznie jest piękny, urzekła mnie jednak także historia jego obecnej właścicielki.



 
Ogród w Upton Grey jest obrazem ogrodów Gertrude. Tak mówi nowa właścicielka posiadłości, która kupiła ją ponad 20 lat temu nie wiedząc nawet, że chaszcze wokół zrujnowanych zabudowań kryją ogród tak znakomitej projektantki. Rosamunda Wallinger, kupując wraz z mężem dom i okoliczne tereny nie znała się, ani nie interesowała ogrodnictwem. Jej pasja, która doprowadziła do tego, że ta drobna starsza Pani osobiście pracuje w ogrodzie, rozpoczęła się właśnie 20 lat temu podczas prac porządkowych w nowo zakupionym ogrodzie. To wtedy dowiedziała się, że pod wysoką na metr trawą i pod zaroślami jeżyny znajdują się pozostałości grodu. To właśnie wtedy dowiedziała się, kto jest jego projektantem. W USA na Uniwersytecie w Kaliforni, odnalazła plany swojego ogrodu i postanowiła go odtworzyć. I tak zaczęło się jej nowe życie. Życie, które w pełni poświęciła ogrodnictwu, a właściwie swojemu ogrodowi. Teraz ten ogród należy po równi do niej i do Gertrudy...


Ten ogród jest naprawdę piękny, a jego właścicielka jest niesamowicie sympatyczna i całkowicie oddana swojemu ogrodowi. Jeżeli chcecie przeżyć niesamowite doświadczenie i pobrać choć odrobinę energii i pasji ogrodniczej od Rosamundy Wallinger koniecznie musicie umówić się na wizytę w jej ogrodzie - Upton Grey. 



  BURY COURT - Wielka Brytania


 Kilka lat temu miałam przyjemność odwiedzić fascynujące miejsce. Mówimy oczywiście o ogrodach i to nie byle jakich. W Wielkiej Brytanii, w hrabstwie Hampshire znajdują się ogrody Bury Court. Co w nich takiego nadzwyczajnego? 
Otóż wokół starych zabudowań, w których obecnie znajduje się centrum kulturowo-konferencyjne, powstały 2 ogrody zaprojektowane przez 2 słynnych projektantów. Jednym z nich jest znany ze stylu minimalistycznego Christopher Bradley-Hole, a drugim Holender Piet Oudolf. Oba ogrody są niesamowite, ale chcę opowiedzieć o ogrodzie jednego z bardziej znaczących projektantów ruchu „New Perennial”. Piet Oudolf znany jest ze swojego nowatorskiego spojrzenia na ogród i na same rośliny. Tak jak Gertruda Jekle swym talentem, odwagą i pomysłowością wyprowadziła nas z geometrycznych założeń ogrodowych do cudownie kolorowych rabat bylinowych, tak dalej Piet Oudolf prowadzi nas do ogrodów, które są jeszcze bliższy naturze.

 



Cóż tak różnego od pozostałych projektantów proponuje nam ten holenderski projektant? Otóż widzi on rośliny w nieco inny sposób. Oprócz oczywistych walorów, jakimi są kolor kwiatów czy liści, bardzo dokładnie studiuje ich kształt, wielkość oraz wysokość łodyg, czy teksturę liści. To jednak nie wszystko. Bardzo ważne są dla niego również kolory, w jakie odbarwia się zamierająca roślina w okresie jesiennym, owocostany oraz zasychające kwiatostany. Taka dogłębna analiza pozwala mu tworzyć ogrody, które mimo tego, że powstają głównie z bylin, interesujące są przez cały rok. Ogrody Pieta Oudolfa są jak kino 5D. Tu liczy się nie tylko obraz, ale również zapach, dźwięk i ruch. Podstawowymi składnikami ogrodów są różnorodne odmiany traw, rośliny kwitnące oraz dodatki w postaci kilku drzew lub zimozielonego żywopłotu tworzącego tło lub niewielki dodatek.


Niezwykle ciekawa konstrukcja znajduje się po lewej stronie ogrodu. Jest to altana bez dachu utworzony z żywopłotu ciętego z gruszy wierzbolistnej. W jego wysokich na ponad 2 metry ścianach wycięto dwa wejścia oraz niewielkie okna. Pomimo tego, że utworzona jest z roślin, swą masywną sylwetką stanowi kontrast dla posadzonych wokół zwiewnych traw i bylin. W ogrodzie znajdują się jeszcze inne „konstrukcje” z krzewów. Jedną z nich jest ślimakowato wygięte żywopłoty z cisu stanowiący ozdobę wcześniej wspomnianej łąki kwietnej, drugą ogród węzłowy z bukszpanu znajdujący się w prawym dolnym narożniku ogrodu, a trzecią kopiasta bryła bukszpanu ustawiona na osi jednej ze ścieżek. Ścieżki w moim odbiorze nie stanowią tu jednak duktów komunikacyjnych sensownie prowadzących od punkty A do punktu B. Są to bardziej dodatkowe obrazy, tekstury ze żwiru, kostki granitowej lub kamienia, które mają stanowić kontrast i tło dla głównych bohaterów opowieści – bylin.





Ogród odwiedzałam w maju. Był niesamowicie ciekawy, inspirujący i piękny.  Każdy ogrodnik wprawnym okiem zauważył pewnie to samo, co ja. Rośliny, które jeszcze nie kwitły, zostały posadzone tak, aby zachwycały zestawieniem swych liści oraz tak, aby uzupełniały byliny, które w tej chwili kwitły. Przekwitające kwiatostany i owocostany wypełniały luki pomiędzy innymi roślinami... W tym ogrodzie po prostu czuło się życie, ciągłe zmiany i ruch.





 Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się odwiedzić ten sam ogród o innej porze roku. Jestem bardzo ciekawa zmian, jakie zachodzą w dziełach Pieta Oudolfa – mistrza „ogrodowego kina 5D”.




GIVERNY - ogród Claudea Moneta
    Giverny, Francja





Nie każdy ogrodnik może być malarzem i nie każdy malarz może być ogrodnikiem. Jest jednak taki człowiek, który sprostał obu tym zawodom. Claude Monet to jeden z najwybitniejszych malarzy świata. To również jeden z niewielu artystów, któremu za życia udało się nie tylko zdobyć uznanie, ale także spełnić swoje marzenia i zgromadzić spory majątek. Jednak jego życie nie zawsze wyglądało tak kolorowo... Claude Monet urodził się w Paryżu w roku 1840 jako syn sklepikarza. Przyszłość młodego Claude była zaplanowana przez ojca, który chciał, aby syn przejął rodzinny interes. Monet miał jednak inne plany – chciał zostać malarzem. Na początku szło mu całkiem nieźle – zarabiał malując karykatury, jednak w późniejszym czasie pojawiły się problemy finansowe. Monet, jako twórca nie miał łatwo, żył w czasach sławnych malarzy: Renoira, Maneta, Degasa, Sisleya, Cezanne i van Gogha. Z wieloma z nich przyjaźnił się, razem wyjeżdżali w plener i malowali to, co inspirowało ich najbardziej, architekturę i krajobrazy w zmieniającym się oświetleniu, „łapali uciekające chwile”... Była to w owych czasach fanaberia i rzecz niezrozumiała, bowiem ówcześni malarze korzystali jedynie ze sztucznego oświetlenia. Monet wraz z Renoirem stworzyli również nowy kierunek w malarstwie – impresjonizm, którego nazwa pochodzi od tytułu jednego z obrazów Moneta: „Impresja, wschód słońca”.
W roku 1870 Claude Monet poślubił Camille Doncieux. Wraz z żoną i synem zaczęli podróżować, dzięki sprzedaży obrazów polepszyły się też ich poziom życia. Radość nie trwała jednak długo, bo w cztery lata później sytuacja finansowa ponownie uległa pogorszeniu, artysta wydawał wszystkie pieniądze na leczenie swojej ukochanej żony, która mimo to zmarła w roku 1879. Monet pozostał sam, bez pieniędzy w głębokiej depresji i z dwoma synami na utrzymaniu. I właśnie w tym, zdawałoby się beznadziejnym momencie jego życia następuje zwrot. W 1892 roku artysta poślubia żonę swego zmarłego przyjaciela Alice Hoschedé. Nowożeńcy zamieszkali wraz z ośmiorgiem dzieci (dwójką Moneta i szóstką Alice) w wynajmowanym mieszkaniu w Poissy. Było im ciasno i nadal nie mieli pieniędzy.

Będąc blisko dna Claude Monet podjął życiową decyzję, postanowił, że wsiądzie do pociągu i nie wróci dopóki nie znajdzie nowego domu dla swojej rodziny. Był zdeterminowany, ponieważ szukał nie tylko taniego miejsca zamieszkania, ale również miejsca gdzie mógłby tworzyć. W maju 1883 roku niewysoki, skromnie ubrany mężczyzna wsiadł do pociągu i ruszył w poszukiwaniu domu. Wysiadł w Giverny, które w owych czasach było niewielką podparyską miejscowością położoną nad malowniczą rzeką Epte. Monet zawsze zafascynowany był wodą, więc kiedy za oknem oprócz meandrującej rzeki dostrzegł kwitnące jabłonie postanowił wysiąść i szukać szczęścia. Okazało się, że gospodarstwo otoczone hektarowym sadem czeka właśnie na dzierżawcę. Zachwycony Monet nie zastanawiał się długo, wydzierżawił dom wraz z ziemią i sprowadził tu swoją liczną rodzinę.


Znaczące jest to, że jego przygoda z ogrodem, jego późniejszą pasją, zaczyna się równo w połowie życia malarza. Monet przeprowadzając się do Giverny miał 43 lata. Dokładnie 43 lata później zmarł.



Z roku na rok malarz stawał się coraz lepszym ogrodnikiem, jego sytuacja finansowa była już dobrze ugruntowana, Monet zatrudnił 6 ogrodników, sprowadzał nasiona roślin z ogrodów botanicznych, kupował rośliny nie tylko we Francji i Anglii. Piwonie i lilie wodne sprowadzał z Japonii. Malował swój ogród kwiatami niczym farbami swoje obrazy. Fascynował go kolor. Rabaty wypełniał nieregularnymi plamami roślin, czasami były monochromatyczne, czasami wręcz przeciwnie pełne kontrastów, zawsze jednak zaplanowane tak, aby były interesujące o każdej porze roku. Wiosną kwitły tulipany, bratki, niezapominajki i żonkile, latem jego ukochane irysy, róże, piwonie, różnokolorowe maki, gladiole i ostróżki. Jesień to czas dalii, słoneczników, astrów i zmieniających kolor liści drzew i krzewów. Rankami Monet przemierzał alejki ustawiając sztalugi by malować kilka obrazów na raz. Uwielbiał pokazywać ten sam motyw w różnym świetle, o różnych porach dnia. Po kilku latach udało mu się dokupić sąsiadującą działkę leżącą tuż za nieistniejącą już linią kolejową. Po uzyskaniu zgody na zmianę biegu płynącej tam rzeczki malarz zbudował staw, wzorując się Japońskimi drzeworytami zaprojektował słynny most i obsadza go glicyniami. W tym czasie zafascynowała go kultura kraju, który po wiekach izolacji właśnie otwierał się na świat. Posadził lasek bambusowy, a staw wypełnił liliami wodnymi. Jako ogrodnik miał również swoich przeciwników – mieszkańców wsi, którzy obawiają się, że te „dziwne rośliny” zatrują wodę w okolicy. Monet nie baczył jednak na te przeciwności losu, szukał rady u hodowców roślin wodnych, a staw i lilie stały się jego obsesją. 

 Ogród Moneta to przepiękne miejsce. Trzeba się jednak przygotować ma kolejkę przy kasach i dreptanie przez ogród wyznaczonymi taśmami ścieżkami. Polecam!


KNOLL GARDEN
 Knoll Gardens, Stapehill Road, Hampreston, Wimborne BH21 7ND

 


Tym razem w Wielkiej Brytanii znalazłam się zimą. Kilkanaście lat temu mieszkałam tu przez ponad 5 lat, ale i tak nie wiedziałam, czego się spodziewać po zimowych ogrodach. Wszystko zależy przecież od pogody...
Wjeżdżając na parking ogrodowy znajdujemy się dokładnie pomiędzy niewielką szkółką pełną różnorodnych traw, a ogrodem. Przed samą furtką witają nas niesamowite kompozycje traw sadzonych w różnorodnych pojemnikach. Z pewnością ma to pokazać możliwości, jakie dają nam te rośliny nawet na niewielkich przestrzeniach ustawione na tarasie, czy balkonie. Wchodząc do samego ogrodu zgiełk ulicy pozostaje poza ogrodzeniem.


 W ogrodzie tuż za furtką wyrastają niczym las łany wysokich traw i bambusów. Niektórzy powiedzieliby, że w zimie tylko rośliny zimozielone mogą ożywić ogród, jednak Knoll Garden jest dowodem na to, że wszystkie rośliny to istny cud natury. Tu owocostany wysokich i niskich bylin oraz roślin jednorocznych mieszają się z wąskimi liśćmi traw, które o tej porze roku mają cudownie słomkowe kolory. 
 


Wszelkie berze i rudości panują w tym ogrodzie będąc doskonałym tłem dla jasnych puszystych kwiatostanów traw. W ogrodzie nie ma typowych wybrukowanych ścieżek. Myślę, że zimą były by zbyt mdłe. Wszędzie panują soczysto zielone angielskie trawniki, które niczym rzeka to rozszerzają się, to zwężają w różnych miejscach ogrodu. Klimat Dorsetu jest dość łagodny, dlatego sporo tu roślin zimozielonych oraz takich, które niestety u nas zimozielone nie są. Na przykład hortensja dębolistna. U nas dawno straciła już swe jesienne barwy. Tutaj dumnie wystawia ku słabym promieniom słońca bordowo-pomarańczowe liście przypominające liście dębu. Główna alejka ogrodu stanowi mieszaną rabatę, na której rosną krzewy, byliny oraz rośliny jednoroczne. O tej porze roku nie są jednak ważne kolory kwiatów, lecz barwa, kształt i struktura gałązek, zaschniętych liści, kwiatostanów i owocostanów.




 Rośliny są tu posadzone bardzo gęsto. Różnorodne gatunki przechodząc jeden w drugi tworzą delikatną masę poruszającą się na wietrze niczym morskie fale.
Ogród Knoll pomimo swej niewielkiej powierzchni ma mnóstwo zaułków i bocznych ścieżek przeciskających się, a to pomiędzy trawami, a to wśród tyczek wysokich na kilka metrów bambusów. Dodatkowym atutem są rozstawione gdzieniegdzie stoliki i krzesła, rzeźby oraz stare pięknie rdzewiejące urządzenia ogrodnicze.
Knoll Garden jest ogrodem pokazowym, częścią szkółki traw ozdobnych, która co roku zdobywa złote i srebrne medale na Chelsea Flower Show w Londynie. Znajduje się tu kilkaset odmian traw tworzących wraz z pozostałymi roślinami specyficzny rodzaj ogrodu naturalistycznego
 




 PARK GUELL

 Antoni Gaudi jest postacią bardzo interesująca i nietuzinkowa, jego dzieła do tej pory dziwią, zachwycają i szokują. 

 
 Już, jako małe dziecko, a potem student wykazywał dużą łatwość przyswajania wiedzy oraz ciekawość świata. Gaudi operował kilkoma językami, miał zdolności literackie oraz rysunkowe. Był jednak bardziej praktykiem niż teoretykiem, o czym świadczyć mogą chociażby jego szkolne problemy z geometrią. Młody student był bardzo ambitny, a nauka fascynowała go. Pomimo ogromnych zdolności plastycznych wielu wykładowców nie zgadzało się z jego technikami, zdarzało się również, że projekty szkolne Gaudiego nie były akceptowane. Student musiał powtarzać ostatnie semestry studiów, nie narzekał jednak na brak zleceń...

 


Już, jako 32 latek stał się oficjalnym architektem projektu swego największego dzieła życia – świątyni pokutnej Sagrada Familia. W rok później rozpoczął również pracę przy posiadłościach oraz pałacu Guellów. Gaudi projektował dla inwestorów nie tylko z Hiszpanii, ale również innych krajów Europy i Ameryki. Jakiż inny architekt, w dodatku tak bardzo indywidualny, postępowy na swoje czasy, a niekiedy można by rzec zwariowany doczekał się tylu realizacji swoich dzieł? Gaudi miał to olbrzymie szczęście, że udało mu się zdobyć bogatego mecenasa w postaci barcelońskiego przemysłowca Eusebiego Guella, który sfinansował większość jego prac. Razem około 20 większych projektów Gaudiego zostało zrealizowanych w Barcelonie oraz jej bliskiej okolicy. Przy większości z nich architekt sam prowadził nadzór oraz brał czynny udział przy wykonywaniu detali.  Jedno z najbardziej znanych dzieł Gaudiego trafiło na listę zabytków UNESCO. W 1984 roku Park Guell, o którym mowa, został uznany za jedno z najbardziej przyjaznych środowisku założeń urbanistycznych.



Park Guell powstał w dzielnicy Gracia, na wzgórzu położonym na północ od centrum Barcelony, jako część projektu miasta–ogrodu. 


W 1900 roku rozpoczęto prace nad tym olbrzymim założeniem. Teren okazał się istnym polem popisu dla wyobraźni i zdolności architekta. Działka miała, bowiem niezwykle zróżnicowaną rzeźbę terenu i porośnięta była naturalną roślinnością, w tym niewielką liczbą drzew, z których Gaudi nie pozwolił wyciąć ani sztuki. W swym projekcie wykorzystał miejscowe materiały budowlane oraz miejscowe, odporne na suszę i mało wymagające rośliny. Starał się również nie ingerować zbytnio w ukształtowanie terenu. Ze względu na strome zbocza, które nie były dostępne dla pieszych architekt zaprojektował ścieżki i wiadukty, które umożliwiły poruszanie się po terenie.           
 

 Stworzył również ogromny taras widokowy, z którego widać całą panoramę Barcelony. To właśnie tutaj znajduje się najdłuższa ławka świata, która stanowi jednocześnie balustradę tarasu. Ławka jest niesamowita nie tylko pod względem swej długości, ale także swego przypominającego ogon smoka kształtu. Jej dodatkowym atutem jest pokrywająca ją w całości mozaika, która podobno została zaprojektowana, jako swego rodzaju modlitwa do Dziewicy.  

 

Ciekawostką jest również samo ukształtowanie siedziska, które jest bardzo wygodne i dokładnie odzwierciedla kształt ludzkiego ciała. Mistrz Gaudi, jako praktyk wykorzystał podobno nagiego modela, którego kształt odcisnął w gipsowej formie, a następnie formę tą powtórzył na słynnej ławce.

  Pod tarasem, który do tej pory służy, jako miejsce spotkań oraz festynów, zbudowano olbrzymią Salę Hipostila. Bogato zdobione sklepienie sali podtrzymuje 86 olbrzymich kolumn przypominających gęsty las. Ciekawostką jest zapewne to, że kolumny, które są puste w środku odprowadzają wodę przesiąkającą przez naturalną nawierzchnię tarasu i gromadzą ją w olbrzymich zbiornikach. Od sali w dół ku głównemu wejściu do parku ciągną się szerokie schody ozdobione rzeźbą węża i smoka, który symbolizuje Pytona – strażnika wód podziemnych. Obie kolorowe rzeźby stanowią jednocześnie zawory wspomnianych już zbiorników. Poniżej schodów znajduje się główne wejście do parku, któremu towarzyszą dwa pawilony przypominające lukrowane domki z piernika. 

 
Park Guell jest niesamowity głównie ze względu na swą architekturę, która jednak spójnie łączy się z naturalnym ukształtowaniem terenu oraz roślinnością. Zębiaste kolumny wiaduktów wykonanych z miejscowej skały, pełne detali mozaikowe schody, ławki i donice oraz kute ogrodzenia przypominające liście palm sprawiają, że nawet dorosły człowiek czuje się w tym miejscu jak w krainie z bajki. W pobliżu „domków z piernika” zwiedzający niemal oczekuje spotkania z Jasiem i Małgosią, a krzywe słupy podtrzymujące sklepienia tarasów oraz wiaduktów sprawiają, że w Parku Guell dodatkowo czuć nutkę irracjonalizmu. Zachęcam do zwiedzania parku wczesnym rankiem, kiedy park jest pusty, a długie cienie drzew i architektury Gaudiego wprowadzają tu dodatkowo nastrój zagadkowości i grozy.
 

Drummond Castle



Drummond Castle. Fot. Agnieszka Hubeny-Żukowska

Szkocja to cudownie zielona kraina, w której na zmianę świeci słońce i pada deszcz. Ta niestabilność aury jest dość męcząca jednak jak mawiają mieszkańcy: „ jeśli nie podoba ci się pogoda, poczekaj minutę.”

 Jest to miejsce, w którym dzięki mijanym widokom nawet najdłuższa podróż samochodem nie sprzykrzy się. Drogi meandrują niby rozrzucone wstążki pomiędzy trawiastymi wzniesieniami oraz długimi i wąskimi jeziorami. Nisko przemykające chmury haczą o wyższe, skaliste fragmenty gór. Taki zielony raj na ziemi, a do tego rozsiane tu i tam niewielkie restauracje serwujące świeże ostrygi, małże i inne przysmaki. Tradycyjna kuchnia szkocka jest już może mniej apetyczna, ale oczywiście wszystko zależy od gustu. Zresztą nie tylko widoki, „see food” i whisky przyciągają turystów do Szkocji. 

Ta zielona kraina wbrew swemu położeniu geograficznemu ma dużo cieplejszy klimat niż na przykład norweskie Oslo, które leży na podobnych stopniach szerokości geograficznej. Dzięki wpływowi prądu zatokowego na terenie Szkocji temperatura w zimie właściwie nie spada poniżej -10 stopni Celsjusza. Oczywiście nie ma tu też upałów. Najwyższa temperatura w lecie nie przekracza zazwyczaj 25 stopni!! Pomijając silne wiatry to klimat idealny do zakładania ogrodów i faktycznie jest ich tu kilka w okolicy. A ściśle mówiąc ponad 400!! Niektóre z nich to ogrody prywatne udostępnione do zwiedzania, są tu również parki i ogrody botaniczne oraz ogrody historyczne.
 Okazalsze powstawały oczywiście przy pałacach i zamkach. Ze względu na okres, w którym były zakładane oraz na urozmaicony krajobraz możemy podziwiać różnorodne dzieła architektury krajobrazu. I właśnie o jednym z nich chciałabym dzisiaj opowiedzieć.

Drummond Castle. Fot. Agnieszka Hubeny-Żukowska
  Jest to ogród zdecydowanie inny niż wszystkie dotychczas zwiedzone przeze mnie. Przede wszystkim samo zwiedzanie ogrodu nie może zająć dużo czasu. Nie ma tu również dużo wnętrz ogrodowych... Właściwie jest tylko jedno. Nie można też powiedzieć o dużej różnorodności nasadzeń. Jest wprawdzie kilka gatunków klonów, ostrokrzewów, dębów i bukszpanów... i 3 odmiany róż. Tak nie wygląda to na razie kolorowo... ale nawet z tak niewielkiej liczby gatunków i odmian można zrobić istne przedstawienie!! Ogród przy zamku Drummond, bo o nim mowa powstał na kilku tarasach u podnóża XV wiecznej twierdzy. Oczywiście z biegiem upływu lat zamek nabierał kształtów i z pojedynczej niegdyś wierzy obronnej przeistoczył się w kompleks, który możemy podziwiać dzisiaj. Również ogrody ewoluowały, chociaż ich położenie i wielkość nie ulegały dużym zmianom. 

Drummond Castle. Fot. Agnieszka Hubeny-Żukowska
                 Drummond Castle położony jest w środkowej Szkocji, na uboczu, w pobliżu miasteczka Crieff. Z głównej drogi brama wjazdowa prowadzi nas ponad dwukilometrowej długości aleją bukową wprost pod sam zamek. Sama droga dojazdowa robi niesamowite wrażenie, ponieważ buki są potężne a droga długa, prosta i bardzo wąska. Od strony bramy kamienna budowla jest dość ciemna i posępna, co niewątpliwie potęgowane jest przez siąpiący, co chwilę deszcz. Dopiero po przejściu przez uzbrojoną w podwójną kratę bramę można dojść na dziedziniec, z którego rozpościera się widok na odległe wzgórza, a gdy podejdziemy bliżej do balustrady i schodów zobaczymy także ogród. Cały jak na dłoni!! Przepiękny, kolorowy ogród parterowy w stylu wiktoriańskim. Pełen strzyżonych różnogatunkowych topiar w kształcie spiral, kul, stożków i butelek. Misterne bukszpanowe wzory wypełniane są roślinami sezonowymi, do tego jesienią podziwiać można przeróżne odmiany odbarwiających się wiśni, klonów pospolitych, palmowych i kapadockich. Główny wzór nawiązuje do symbolu krzyża św. Andrzeja patrona Szkocji, trzy równoległe aleje przecinające krzyż, do najważniejszych rzek regionu Perthshire, w którym ogród jest położony. 
 
Drummond Castle. Fot. Agnieszka Hubeny-Żukowska
                 Historia zamku Drummond sięga roku, 1487 kiedy to zakończono budowę usytuowanej na urwisku skalnym wieży mieszkalno-obronnej. Całość była położona na planie prostokąta mierzącego zaledwie 13 na 11 metrów. W XVII wieku do wierzy dołączono trzypiętrowy budynek bramny, a w 1689 roku piękny pałac, który później był kilkukrotnie przebudowywany. Sam ogród w stylu francusko-włoskim powstał natomiast w roku 1630 z inicjatywy drugiego hrabiego Johna Drummonda. Zaprojektowany został przez Johna Mylnea, który był również twórcą unikatowego zegara słonecznego, który do dziś dzień znajduje się w ogrodzie. Zegar ma formę wysokiego kamiennego obelisku o wielu tarczach, które pokazują czas w różnych porach roku. Od swego założenia ogród przeżywał wiele zmian było to spowodowane nie tylko burzliwą historią, ale również zmianami mody, jakie następowały z biegiem lat. W 1715 roku teren ogrodu służył, jako siedziba garnizonu podczas rewolucji Cromwella. W wieku XIX ogród przebudowano zgodnie z projektem Lewisa Kennedyego, z którego szkółek pochodzą niektóre z obecnych roślin. W tym okresie również w ogrodzie na wzór włoskich pojawiły się rzeźby z białego kwarcu, zbudowano tarasy oraz murki.

Drummond Castle. Fot. Agnieszka Hubeny-Żukowska
                Ogród przeżywał swoje wzloty i upadki. Po II Wojnie Światowej zapuszczony zarastał i zatracał swoją formę. Po zawierusze wojennej nie było pieniędzy na jego pełne odtworzenie. Dopiero w roku 1950 dzięki Phillis Astor zaczęto oczyszczanie terenu. Pozostawiono wartościowe egzemplarze cisów oraz buki posadzone przez królową Wiktorię. Część obwódek bukszpanowych zastąpiono lawendą. Przetrzebiono gęste zarośla krzewów odnajdując w nich ciekawe odmiany klonów, dębów i wiśni, które dziś możemy podziwiać. W 1968 roku odnowiono także mury tarasów oraz główne schody. Dzisiaj ogród ma zapewne znacznie prostszą postać jednak reprezentuje się iście królewsko, a od roku 1978 wraz z zamkiem jest chroniony i traktowany, jako narodowe dziedzictwo szkockie. Do zamku i ogrodu Drummont warto wybrać się właściwie o każdej porze roku. Najcieplejszymi miesiącami w Szkocji są maj i czerwiec jednak również wiosną i jesienią ogród jest niesamowicie kolorowy. Ogród jak mówiłam nie jest wielki, ogląda się go bardziej jak pocztówką lepiej, więc nie nastawiać się na całodniowy pobyt w Drummond. Niemniej jednak warto obejrzeć wspaniały ogród oraz przechadzające się po nim niczym wiktoriańskie damy kolorowe pawie.

Drummond Castle na starej pocztówce źródło: http://www.oldukphotos.com


FLORIADA 2012



Po dłuższej przerwie fotograficzne sprawozdanie z odbywającej się raz na dziesięć lat wystawy FLORIADA. Tym razem impreza odbywa się na powierzchni ponad 60ha, na obrzeżach holenderskiego miasta Venlo. Niestety podczas pobytu pogoda nie rozpieszczała nas. Nie licząc kilku przejaśnień prawie cały czas padało. Zamieszczam kilkanaście zdjęć z targów, które mimo wszystko wydają mi się trochę mało ogrodnicze... Zdecydowanie bardziej podobała mi się architektura niż ogródki wystawowe. Dość ciekawie wyglądała zieleń towarzysząca ciągom pieszym, jednak poszczególne aranżacje niestety nie zachwyciły mnie. Nastawiłam się, że nie będzie to poziom Chelsea, mimo to niski poziom wykonania niektórych ogródków naprawdę rozczarował mnie.   Czy warto jechać na Floriadę 2012? Oceńcie sami. Zamieszczam kilkanaście zdjęć samej wystawy oraz  elementy, które moim zdaniem "udały się bardziej".
Jak widać cały teren zaprojektowany i urządzony z dużym rozmachem. Sporo restauracji i punktów gastronomicznych. Poniżej zdjęcia z terenów zagospodarowywanych przez samych wystawców.


CHELSEA 2012




Tak jak obiecywałam świeżutko po powrocie zamieszczam zdjęcia z wystawy Chelsea Flower Show w Londynie.
Proszę! Wystawa jeszcze trwa a Wy możecie sobie podejrzeć to i owo. Oczywiście wszystkich zdjęć nie dam rady zamieścić! Przedstawiam, więc krótki przegląd. Niestety na komentarze nie mam zbyt wiele czasu, ale tutaj słowa chyba są zbędne J Tekścik w numerze 7/8 Świata Rezydencji Wnętrz i Ogrodów. Zapraszam i pozdrawiam

The M&G Garden, projekt: Andy Surgeon



Homebase Teenage Cancer Trust Garden, Projekt: Joe Swift





The Arthritis Research UK Garden, Projekt: Thomas Hoblyn




The Brewin Dolphin Garden, Projekt: Cleve West



The Laurent-Pierrier Bicentenary Garden, Projekt: Arne Maynard





The RBC Blue Water Garden, Projekt: Prof Nigel Dunnett&The Landscape Agency


Rooftop Workplace of tomorrow, Projekt: Patricia Fox




The World Vision Garden, Projekt: FlemonsWarlandDesign



Trailfinders Australian Garden presented by Fleming's, Projekt: Jason Hodges




I INNE... Mniejsze ale też ciekawe















A za plecami działo się tak... ;-)






O zobaczeniu ogrodów Levens Hall marzyłam od chwili, w której dowiedziałam się o ich istnieniu. Do podróży zachęcały mnie zarówno długa, sięgająca 1250 roku historia posiadłości jak i świadomość, że w ogrodach tych można zobaczyć jedne z najstarszych topiar na świecie…
 I tak pewnego wiosennego dnia, rankiem stanęłam u bram Levens Hall. Właśnie opadła mgła, a słabe poranne promienie słońca nie zdążyły jeszcze przebić się przez chmury. Ledwo widoczna bryła Elżbietańskiego pałacu otoczonego zielenią, wszędobylska cisza oraz wilgotna atmosfera sprawiły, że z jednej strony czułam, że jestem tu sama, z drugiej jednak, doświadczałam na sobie jakby spojrzenia obserwujących mnie oczu… Ogród został dopiero otwarty i w okolicy nie było innych zwiedzających. Panujący tu nastrój sprawił, że z trudnością i jakby pewnym lękiem szłam wzdłuż budynku do widniejącej przede mną bramy ogrodowej. Chociaż niewielka, stanowiąca jedynie mały otwór w grubym murze brama hipnotycznie zapraszała mnie do swego wnętrza.


 Ogród we frontowej części pałacu był niewielki, schludnie utrzymany i dość ładny. Ja jednak nastawiona byłam na obejrzenie zawartości ogrodu za murami i nie zwracałam uwagi na pospolite w Wielkiej Brytanii żywopłoty czy też niewielkie strzyżone piramidy… Przyjechałam tu specjalnie dla topiar zaprojektowanych przez Monsieur Beaumonta, jedynej żywej pozostałości po człowieku, który brał udział w tworzeniu ogrodów Wersalu i Hampton Court. 
              
Ścieżka prosta, furta niewielka i nawet widok przez nią dość pospolity… Moja fascynacja jakby osłabła. Może trochę się zawiodłam… I wtedy obróciłam się w lewo… Tego widoku nie zapomnę nigdy w życiu!! Jak olbrzymie dinozaury z prehistorycznych czasów tuż przede mną wyrastały z ziemi masywne bryły kilkunastometrowych zielonych posągów. Jak Alicja w Krainie czarów z uniesioną ku górze głową szłam w głąb ogrodu niczym dziewczynka za białym królikiem.





 Soczysta zieleń krzewów, ich ogrom w powiązaniu z wilgotnym wiosennym powietrzem sprawia, że straciłam poczucie normalnie odbieranej perspektywy, świadomość swego niewielkiego rozmiaru przytłaczała, a niesamowite kształty krzewów sprawiły, że nierealne stało się realne. Ogród był napakowany topiarami, zielonymi rzeźbami które pamiętają czasy Aleksandra Pope, tego samego który swym esejem w 1713 roku zapoczątkował krucjatę przeciw tym „zielonym potworom”. To między innymi za jego sprawką możni ówczesnych czasów bardzo szybko wyzbyli się ze swych ogrodów wszystkich strzyżonych form… na ich miejsce nastały krajobrazowe ogrody Kenta i Browna…



Ale nie tu, nie w Levens Hall. Tu jest ostoja tych olbrzymów. Niektóre z nich to w 100% oryginalne, ponad 300 letnie okazy cisów i bukszpanów, które starannie przycinane są w fikuśne kształty. Już od roku 1688, kiedy to właściciel posiadłości Colonel Grahame zlecił słynnemu artyście zaprojektowanie ogrodu, kilkanaście pokoleń ogrodników dba o ogród w Levens Hall. O dziwo jednak do dnia dzisiejszego pracowało tu jedynie 10 głównych ogrodników, którzy całe swoje życie poświęcali tym przepięknym ogrodom. Posiadłość od ponad 700 lat pozostaje w rękach tej samej rodziny, która nie zwracając uwagi na zmieniającą się modę ogrodową dba o wygląd ogrodu. Ciekawostką jest również to, że opiekunem ogrodu była prawie zawsze kobieta – żona pana na włościach, która zazwyczaj żyła znacznie dłużej od swego męża. (Podobno rzeczy miały się tak za sprawką cyganki, która nie wpuszczona do pałacu przeklęła jego właściciela przepowiadając wcześniejszą śmierć każdego z kolejnych panów Levens Hall.)

W ciągu tych długich lat topiary, tak jak i zabudowa pałacu zmieniały nieco swój kształt. W tej jakże długiej historii istnienia ogrodu zdarzały się też pewne potknięcia pielęgnacyjne. Na przykład za czasów kiedy ogrodem opiekowała się synowa córki założyciela ogrodu – Viscountess Andover, która postanowiła pozwolić ogrodowi na swobodny rozrost. Efekt tego był taki, że jej następczyni oraz jej ogrodnik musieli wymienić 9 mil obwódki bukszpanowej, która nie nadawała się do dalszego strzyżenia. Od tamtej pory jednak ogród przechodząc z rąk do rąk jest starannie pielęgnowany. Ogrodnicy z wielką dokładnością i pieczołowitością strzygą krzewy w kształty przypominające gigantyczne kilkunastometrowe grzyby, żuki, ślimaki, bezy, stożki, walce i spirale. Kiedy w kwietniu odwiedzałam posiadłość strzyżone żywopłoty i bajeczne topiary w towarzystwie wiosennych kwiatów zapierały dech w piersi.

 Ogród z topiarami to tylko fragment całego założenia, dalej znajdują się bowiem jabłoniowy sad, gaj leszczynowy, ogród ziołowy oraz powstała w 1994 roku, otoczona lipowymi tunelami nowa część ogrodu z fontanną. Ogród w Levens Hall to z pewnością jedyny w swoim rodzaju rodzynek na torcie sztuki ogrodowej, a wizyta w nim to jak podróż do świata Alicji z Krainy Czarów…

Więcej na temat Levens Hall i jego ogrodów: http://www.levenshall.co.uk/
Levens Hall
KENDAL
Cumbria
LA8 0PD


TITSEY PLACE




Pierwsze wzmianki o Titsey Place pochodzą z połowy XVI wieku, jednak dom, który obecnie można zwiedzać pochodzi z początku XIX wieku. Obecny wygląd domu oraz jego okolic zawdzięcza Titsey Place Williamowi i Granville Leveson Gowerom. To oni założyli park i ogród W XVI wieku okolica wyglądała zupełnie inaczej. Tam gdzie obecnie znajduje się główny trawnik, niedaleko domu znajdował się kościół i chaty wiejskie. W 1776 roku kościół został przeniesiony nieco dalej, a na jego miejsce powstał mały park. Jedyną pamiątką po pierwotnym miejscu kościoła jest olbrzymi cis, który prawdopodobnie ma 1000 lat.

Obecnie w skład założenia ogrodowego wchodzi park, ogród wokół jeziorka, gigantyczny ogród warzywny otoczony murami, ogród różany oraz główny trawnik z olbrzymimi czerwonymi bukami i rozłożystymi cedrami. Większość terenu można określić, jako założenie krajobrazowe. Dom od łąk oddzielony jest wysokim „aha”.


Ogród różany jest raczej niewielki i znajduje się przy budynku. Pomiędzy domem a parterem kwiatowym znajduje się wąska rabata ze strzyżonym bukszpanem, który ma ponad 150 lat. Mnie osobiście najbardziej zachwyca ogród warzywny, który całkowicie, wraz z przepięknymi szklarniami, został odrestaurowany w 1996 roku. Tego rozmiaru, zagospodarowane w całości ogrody warzywne spotyka się raczej dość rzadko. Przepiękne w nim są między innymi ręcznie, co roku przygotowywane, z pędów leszczyny i witek wierzbowych wszelkiego rodzaju podpory na groszek pachnący i fasolkę. Można tu również podpatrzyć stare metody uprawy rabarbaru, szparagów, ziemniaków i innych warzyw. Bardzo ciekawie są również prowadzone przy murach brzoskwinie, czereśnie, porzeczki i agrest. W centralnej alejce znajduje się starannie przycinany kordon z gruszy i jabłoni.


Pracowałam w tym ogrodzie przez ponad rok i wspominam go naprawdę smacznie!! Ten ogród jest warty odwiedzenia szczególnie dla osób lubiących uprawę kwiatów, warzyw i owoców. Na pewno znajdą tu mnóstwo inspiracji dla swoich ogródków warzywnych. Park jest również dość interesujący jednak na ogród różany nie ma co się specjalnie nastawiać – nie jest specjalnie imponujący.


Na terenie znajdują się stoły piknikowe oraz niedawno otwarty sklepik z domowymi ciastami, które osobiście polecam.



Chcąc wybrać się do Titsey Place proszę sprawdzić daty otwarcia ogród i dom zazwyczaj zwiedzać można jedynie 2-3 dni w tygodniu.
Adres: T I T S E Y   P L A C E  &   G A R D E N S
  O X T E D,  S U R R E Y






HEVER CASTLE


Więcej informacji o historii, datach i godzinach otwarcia na stronie http://www.titsey.org/


Najstarsza część zamku Hever Castle pochodzi z 1270 roku. W roku 1500 zamek przeszedł w ręce rodziny Bolyne – to właśnie tu swoje dzieciństwo spędzała Anna Boleyn. Włości drugiej żony Henryka VIII przeszły oczywiście w ręce króla, kilka lat po jej śmierci, przekazał ziemie swojej czwartej żonie. Po roku 1557 cała posiadłość wielokrotnie zmieniała właścicieli. Dopiero w roku 1903 William Waldorf Astor zainwestował swój czas i pieniądze w odrestaurowanie zamku. Dobudował „tudoriańską wioskę”, stworzył jezioro i założył ogrody. Od 1983 roku zamek wraz z ogrodami został otwarty dla publiczności.





Największą część ogrodów stanowi ogród włoski, który powstał pomiędzy rokiem 1904 a 1908. Przy jego budowie pracowało ponad 1000 osób! Ponad 4 lata 800 mężczyzn kopało olbrzymie jezioro, które usytuowane jest na końcu ogrodu włoskiego przy przepięknie zdobionym amfiteatrze. Ogród włoski jest jak galeria pełna rzeźb, posągów i filarów. W samym jego centrum znajduje się otoczony wysokim żywopłotem „Tajemniczy Ogród”. Ogród włoski jest zamknięty z czterech stron. Od strony zamku dwie duże zdobione bramy umożliwiają wejście do jego wnętrza. Jedną z długich granic ogrodu stanowi wysoki mór, na którym opierają się miniaturowe wnętrza ogrodowe oraz kolorowe pnącza. Drugą długą granicę stanowi przepiękna pergola, na której pną się róże, glicynia oraz powojniki. Idąc pod pergolą od strony zamku mijamy przepiękną paprociarnię ozdabianą rzeźbami oraz różnorodnymi gargulcami.

Tuż za murami ogrodu włoskiego znajduje się ogród różany, w którym posadzono ponad 4000 krzewów róż. Dalej można podziwiać park z ogrodem wodnym oraz dukt otoczony róż

Ogrody w Hever składają się z kilku części. Można oglądać tu między innymi piękny labirynt z cisu, ogród ziołowy, ogród różany, ogród włoski, ogród leśny oraz powstały niedawno labirynt wodny.

Pracowałam w tym ogrodzie ponad trzy miesiące i uważam, że jest to ogród, który warto zwiedzić. Śmiało można się tu wybrać z dziećmi. Na terenie znajduje się restauracyjka, punkt sprzedaży roślin oraz sklepiki z pamiątkami. Zamek jest również otwarty dla publiczności. Sporo miejsca do biegania! W okresie wysokich temperatur trawniki nie są nawadniane więc całość może wyglądać trochę mniej imponująco. Ogród leśny zdecydowanie warto zobaczyć w okresie wiosennym. Natomiast ogród różany oczywiście lepiej jest zwiedzać w pełnym rozkwicie latem.

ADRES:

Hever Castle
Hever
Nr Edenbridge
Kent TN8 7NG
Tel:   +44 (0)1732 865224  +44 (0)1732 865224    +44 (0)1732 865224  +44 (0)1732 865224
Więcej o zamku i ogrodzie Hever Castle można dowiedzieć sie na: http://www.hevercastle.co.uk/
Warto sprawdzić godziny otwarcia!! Część ogrodów w Wielkiej Brytanii otwartych jest tylko w wybraane dni i w określonych godzinach.




1 komentarz: